Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Europa z oddali

włącz .

Nie było sensacji. Lech drugi raz przegrał z KRC Genk i tradycyjnie nie przebrnął trzeciej rundy kwalifikacji do Ligi Europy. Wyższość belgijskiej drużyny nie podlegała dyskusji. Dystans między polska piłką ligową a Europą powiększa się. Nadzieje daje postawa Lecha w drugiej połowie, prawie wyrównanej.

Piłkarze z Belgii zaczęli mecz z przekonaniem, że muszą postawić kropkę nad „i” jak najszybciej zdobywając bramkę, stawiając gospodarzy w sytuacji beznadziejnej. Atakowali składnie i bardzo szybko, groźne akcje tworzyli prawie z niczego. Potrafili kilkoma podaniami rozmontować słabą obronę Lecha i wychodzi sam na sam z Buriciem. Udało im się to kilka razy. Za każdym razem bramkarz Lecha ratował sytuację desperacką obroną.

Obrona Lecha nie tylko jest słaba, składa się z piłkarzy chwilę temu grających w trzeciej lidze, ale zaczęła się sypać. Do meczu nie przystąpił będący w wysokiej formie Kostewycz. Na rozgrzewce doznał urazu, zastąpił go środkowy Vujadinović. Na lewą stronę przeszedł De Marco, ale nie grał jako wahadłowy. Lech z konieczności wrócił więc do czteroosobowego bloku defensywnego. Jeszcze w pierwszej połowie stracił Rogne. Niedawno wyleczył uraz, by już w pierwszym spotkaniu znów wypaść z gry. Do walki z szybkimi Belgami przystąpił mało doświadczony Orłowski.

Belgowie dopięli swego. Rozmontowali defensywę Lecha, podanie ze skrzydła trafiło do Samatty, za którym nie nadążył De Marco i napastnik Genk miał przed sobą pustą bramkę. Lech nie poddawał się, ale ponownie skarcony został jeszcze w pierwszej połowie, gdy włoski sędzia dał się nabrać napastnikowi KRC Genk i podyktował wątpliwego karnego. Drugą połowę niesiony dopingiem Lech zaczął tak, jakby jego celem było tylko zachować twarz. Powiodło się to, wstydu nie zrobił.

Kontaktową bramkę zdobył Cywka strzałem sprzed pola karnego. Zaczęło się od rzutu wolnego z ostrego kąta i strzału głową Vujadinovicia w słupek, piłka trafiła do byłego pomocnika Wisły. Lech atakował, ale nie miał sił i środków, by zrobić krzywdę Belgom. Bardzo aktywny był Jóźwiak, przeprowadzał rajd za rajdem, ale żaden nie przynosił zagrożenia. Amaral był jedynym piłkarzem nie przegrywającym bezpośrednich pojedynków z dużo lepszymi technicznie przeciwnikami.

Lech grał ambitnie, do przodu. Belgowie nie wkładali w mecz już wiele sił, ale i tak ich akcje były groźne. Świetnie ustawiali się na boisku, więc łatwo przejmowali piłkę, a potem już wiedzieli, jak ją błyskawicznie rozegrać. Kilkoma podaniami wyprowadzali obronę Lecha w pole, raz po raz znajdowali się w dobrych sytuacjach. Burić tego wieczoru obronił wiele strzałów. Gdyby nie on, porażka byłaby wysoka. Obrona grała lepiej niż w pierwszej połowie, ale zaufania nie budziła. Prawdopodobnie nikt jej już nie zasili. Trener stwierdził, że być może trafi się okazja sprowadzenia jeszcze w tym okienku solidnego defensora. To nie znaczy, że Lech kogoś takiego szuka.

Lech Poznan – KRC Genk 1:2 (0:2)

Bramki: Tomasz Cywka (50') - Mbwana Samatta (19'), Leandro Trossard (45')

Żółte kartki: Kamil Jóźwiak (38') - Ruslan Malinowskiy (67').

Lech Poznań: Jasmin Burić - Rafał Janicki, Thomas Rogne (29' Maciej Orłowski), Nikola Vujadinović - Kamil Jóźwiak, Pedro Tiba, Tomasz Cywka, Vernon De Marco - Maciej Gajos (78' Darko Jevtić), Joao Amaral - Christian Gytkjaer (73' Paweł Tomczyk).

KRC Genk: Daniel Vuković - Joakim Maehle, Sebastien Dewaest, Joseph Aidoo, Jere Uronen - Ruslan Malinowskiy (74' Ibrahima Seck), Alejandro Pozuelo (60' Jakub Piotrowski), Sander Berge - Leandro Trossard (61' Edon Zhegrova), Mbwana Samatta, Dieumerci Ndongala.

Widzów: 20 tysięcy.