Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Grać pięknie i wygrywać. Jak to połączyć?

włącz .

W polskiej ekstraklasie nie ma klubu pokazującego bardziej atrakcyjny futbol niż ostatnio Lech. Aż chce się jego mecze oglądać. Nawet gdy nie wygrywa pozostawia, oprócz niedosytu, dobre wrażenie. Dobrze, że nikomu nawet przez myśl nie przechodzi, by z tego rezygnować, postawić na brzydko wyszarpywane punkty. Sensowniej jest doskonalić to, co ma przyszłość.

Lech to klub po przejściach. Partackie zarządzanie przyniosło kilkuletnie pasmo powtarzających się kryzysów. Wydawało się, że tylko zburzenie wszystkiego i zbudowanie od nowa może przerwać to błędne koło. Aż mało doświadczony trener Dariusz Żuraw dał nadzieję na stworzenie czegoś lepszego na tym samym gruncie. Już jego pierwsze, tymczasowe próby były obiecujące. Uwolniony od defensywnej taktyki zespół grał wreszcie tak, że chciało się to oglądać.

Wcześniej wielu trenerów bezskutecznie próbowało tu wdrożyć efektowny styl gry. Jeśli w grze Kolejorza pojawiały się radość i polot, to na krótką metę. Ustępowały miejsca katastrofalnym klęskom, nad którymi władze klubu przechodziły do porządku dziennego. Drużyna nauczyła się bezkarnie przegrywać, a nawet, co w każdym innym klubie spotkałoby się z kategoryczną reakcją, nie podejmować walki. Kibice długo to tolerowali, ich jedyną reakcją było narastające zniechęcenie, aż miarka się przebrała.

W historii Lecha był już okres, gdy kibice, widząc sens tego, co się tu buduje, nie zważali na wyniki. Koniec poprzedniego stulecia i początek nowego to była walka o przetrwanie. Klub balansował na krawędzi upadku, więc piękno gry było czystą abstrakcją. Wejście zamożnego inwestora oznaczało stabilizację, a także wiarę w nowe czasy, bo zapowiadał się rozwój. Wystarczyło cierpliwie poczekać na nieuchronne sukcesy.

Franciszek Smuda otrzymał kredyt zaufania. Nikt nie wymagał trofeów już w pierwszych latach nowej ery. Dopiero po trzech latach zdobył swoje pierwsze i jedyne w Poznaniu– Puchar Polski. Były szanse na dublet, bo drużyna wydawała się nie mieć sobie równych. Zaprzepaściła wielką szansę remisując kluczowe mecze. Ten sam zespół po roku tytuł zdobył. Jacek Zieliński zastał mocną, zgraną ekipę i postąpił w sposób najrozsądniejszy: nie przeszkadzał, nie wyważał otwartych drzwi. Piłkarze czuli swobodę, wygrywali, wykorzystali błędy i pecha rywali.

Wydawało się, że to początek marszu po triumfy. Nic z tego. To był początek, ale wielkiego chaosu, braku konsekwencji, niekompetentnych decyzji, a na dodatek równoważenia budżetu. Po pięknej grze pozostały wspomnienia. Lech stał się symbolem podań wszerz boiska, wycofywania piłki do bramkarza, wybijania jej na oślep, odpuszczania, gdy gra się nie układa. Kibice mieli prawo czuć się oszukanymi przez los. Wielki potencjał został zmarnowany. Miliony poszły w błoto. Emocje rozpłynęły się. Trybuny opustoszały, ludzie byli wściekli.

Spirala porażek wymusiła przekazanie drużyny trenerowi tymczasowemu. Ten potraktował to jako swoją szansę i ją wykorzystał. Ma szanse zapisać się w historii nie tylko Lecha. Wystarczy, że udoskonali to, co sam stworzył. Nie wiemy, czy potrafi wyjść z kryzysu, gdyby taki znów nadszedł, jak zareaguje na ewentualne niepowodzenia. Wiemy, że jego zespół, prowadzony przez Jevticia i Tibę, imponuje rozmachem. Mogłoby być jeszcze piękniej, gdyby trener uruchomił także potencjał Amarala.

Czekanie, aż Lech połączy swój ofensywny styl ze skutecznością, ma sens. Mimo straty wyjazdowych punktów kibice przyjdą licznie na stadion, bo wiedzą, że emocje są gwarantowane, że znów mają swego Lecha. Obejrzą niejedną piękną akcję, niejeden strzał. Nie jest powiedziane, że zawsze bramkarz drużyny będzie najlepszy na boisku.

Trudną sztuką jest takie stawianie na młodzież, by nie narazić zespołu na gorszą grę. Wychowankowie Kolejorza wchodzą do pierwszej drużyny ławą, nie zawodzą, walczą jak za ojczyznę, ale jeszcze nie mogą dać tyle, co piłkarze sprowadzeni za setki tysięcy euro. Konieczny jest balans, by promowanie i szkolenie młodych nie przeszkadzało w wygrywaniu. Wojciechowi  Łazarkowi kiedyś się to udało. Naśladownictwo wskazane.

Józef Djaczenko