Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Dariusz Skrzypczak, asystent trenera Lecha: Legia? Wymarzony przeciwnik!

włącz .

Lech rzadko rozgrywa dobre mecze po przerwach na zgrupowania reprezentacji. Jak temu zaradzić?

– Jestem tu od niedawna, od początku sezonu. Do tej pory tylko raz się zdarzyła przerwa reprezentacyjna, we wrześniu. Rzeczywiście po niej nam nie poszło, przegraliśmy na wyjeździe z Lechią. Zastanawiam się, co było przyczyną. Odpowiedzi jeszcze nie ma. Obecna przerwa powinna pozwolić znaleźć odpowiedzi na różne pytania. Zobaczymy, jak spiszemy się w najbliższym meczu. Sam jestem ciekaw.

Tym razem przeciwnik jest z wyższej półki, mimo iż w tabeli znajduje się aktualnie za Lechem.

– Lepszego przeciwnika niż Legia nie moglibyśmy sobie wymarzyć. Jedziemy do niej po serii zwycięstw i po przerwie na mecze reprezentacji. Mamy ułatwione zadanie w przygotowaniu mentalnym do tego meczu. Wiadomo, że każdy jest ważny, ale ten jest ważny szczególnie. Nie musimy zawodników mobilizować.

W drużynie jest wielu młodych piłkarzy. Świetnie sobie radzą ze słabszymi przeciwnikami. Co zrobić, by sprostali też takim, jak Legia?

– Potrzebny jest czas. Każdy przeciwnik jest inny, każda sytuacja przed meczem jest inna. Trzeba się dostosować. Do tej pory rozegraliśmy 11 meczów w lidze. Młodzi zawodnicy zdążyli nabrać troszkę doświadczenia. Będą nabierać go z każdym kolejnym spotkaniem. Powinno iść im coraz lepiej, bo stają się mądrzejsi piłkarsko i życiowo. Kiedy będą potyczki z najlepszymi drużynami, z czasem powinni umieć im sprostać. Dużo meczów przed nami. I właśnie to jest naszą szansą.

Pamięta pan swoje mecze rozgrywane na Łazienkowskiej?

– Oczywiście!

Były jakieś szczególne?

– Tam rzadko udawało nam się wygrywać. Co innego u nas. Pamiętam jedno takie spotkanie. Już w 1 minucie Wojciech Kowalczyk dał Legii prowadzenie. Ale to my wygraliśmy 2:1. Podobno historia lubi się powtarzać. Nie miałbym nic przeciwko temu.

W tamtym pamiętnym meczu strzelił pan wyrównującą bramkę, jak zwykle pięknym strzałem z dystansu.

– Tak, jeszcze w pierwszej połowie. Pamiętam, że zamknąłem oczy i pomyślałem: uderzę mocno, najwyżej trafię panu Bogu w okno. Tak mi jakoś piłka zeszła, że trafiłem idealnie (śmiech). Potem gola dołożył Jacek Dembiński i wygraliśmy.

Rozmawiał Józef Djaczenko